poniedziałek, 11 czerwca 2012

Nie tak miało być

Jak już wiecie w piątek moje szczęście obchodziło drugie urodzinki, zaś późnym wieczorem byłam na wieczorze panieńskim koleżanki. Miałam wszystko zrelacjonować w sobotę, pochwalić się zdjęciami - niestety nie zdążyłam. Od samego rana dopadla Antonię biegunka, a własciwie zaczęła z niej lecieć woda. Wystraszyłam się i to konkretnie, i od razu pojechaliśmy do lekarza. Myślałam, że przepisze nam jakiś antybiotyk i będzie po sprawie. Niestety - skierował nas do szpitala :(

Kilku słów na temat naszego szpitala.
Pojechaliśmy ze skierowaniem do wyznczonej placówki. Tam, najpierw badanie ogóle, wywiad, wypisywanie i podpisywanie tony papierów, a potem pielęgniarki zabrały mi dziecko do pokoju i nie pozwoliły wejść. Okazało się, że w tym pokoju pobierali Antosi krew i zakładali welfron. Boże jak ona płakała, a ja pod drzwami tego pokoju razem z nią... Nie rozumiem, dlaczego nie pozwolili mi tam wejść. Po paru minutach drzwi się otworzyły i zabarli nas do naszej sali, gdzie już było jedno dziecko z mamą. Po kilku godzinach były wstępne wyniki Antosi i małego człowieka, który leżał z nami. U nas - żdnego wirusa, u chłopca jakiś konkretny. Przyszła pielęgniarka i od razu zabrali chłopca do innej sali. Cały czas zastanawiałam się czy to dobry pomysł ten szpital, bo może Antonia się tylko struła, a tu ładują dzieci do pokoju, w którym jest miejsce, zamiast do jakiejś izolatki do czasu wyników badań ... Wieczorem obchód, lekarz powiedział tylko "Dieta" i czekamy do wtorku na wyniki badań na bakterie. A między czasie profilaktycznie kroplówka i Dicoflor. Musiałyśmy zostać na noc. Poźnym wieczorem dowieźli nam kolejne dziecko (okazało się, że to moja znajoma ze studiów). Antonia już spała, za to jej dziecko wyglądało na chore. Wymioty, biegunka, temperatura. Noc była straszna. Warunków dla mamy w szpitalu nie ma żadnych, musiałam spać na krześle. Rano przyjechał mąż żeby mnie zmienić. Pojechałam do domu, wykąpałam się, przespałam godzinkę i znów do szpitala. Raz jeszcze obchód i pytanie do lekarza, czy naszemu dziecku coś dolega, bo ma apetyt, biega, brzuszek miękki, kupa ustała, a nasza współlokatorka wygląda bardzo źle i się boimy, że jednak coś ma poważnego i Antonia się zarazi. Poza tym każdy dwuosobowy pokój dzieli łazienkę z drugim dwuosobowym pokojem, a my nie wiemy co dolega pacjentom za ścianą. Odpowiedź ta sama: "Dieta i czekamy do wtorku na wyniki, między czasie profilaktycznie kroplówka i Dicoflor". W niedzielę po południu postanowiliśmy zabrać Antosię do domu, bo dietę potrafię dopilnować sama, a Dicoflor jest ogólnie dostępny pod każdą postacią.
Spokojnie w domu czekamy na wyniki badań i dalsze ewentualne zalecenia. No i dziś dzwoniłam do znajomej, z którą dzieliłyśy pokój - jej dziecko ma jakiego rotawirusa i mam tylko ogromną nadzieję, że w dobrym momencie uciekliśmy i Antonia nie wyszła z tego szpitala bardziej chora niż weszła.

Urodziny:
Całkiem przyjemne. Dużo prezentów, balonów i uśmiechu. Antosia troszkę się zawstydziła przy śpiewaniu sto lat, ale ogólnie bawiła się pysznie :) I tablica z kredą też się podobała, czyli nauka ruszania auta z popychu nie poszła na marne.












9 komentarzy:

  1. Ojej to weekend pełen emocji, trzymam kciuki, żeby nie miała już żadnego paskudztwa Antosia. W szpitalu faktycznie bez sensu, że bez wyniku dają różne przypadki do jednej sami i faktycznie można się zarazić :/ Dużo zdrówka życzymy!

    OdpowiedzUsuń
  2. co do szpitali w większości jest taki standard jak byłam za pierwszym razem to tez mi Tosie zabrały i same kuły a ja płakałam pod drzwiami razem z nią. Późniejsze wizyty na innych oddziałach i już mogłam z nią być, my już zaprawione w boju z wkłuciami zawsze problem jest bo ma pulchną rączkę. Mówię ci ciesz się, że nie było cie przy tym bo matka musi być silna żeby dziecko dodatkowo się nie stresowało i nie płakało bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może masz rację. Ja i tak widziałam, że Antonia jest dużo dzielniejsza ode mnie. Ja non stop powstrzymywałam się od płaczu, a ona dzielnie przyjmowała leki, kroplówkę i jadła pskudny kleik na wodzie.

      Usuń
    2. prawda jest taka im więcej wizyt w szpitalu tym na pewne rzeczy człowiek się uodparnia i przyzwyczaja. po 3 wizycie w szpitalu nowych można poznać, że stoją pod drzwiami zabiegówki i płaczą a dla mnie to norma i standard. jednak wam życzę żebyś już nie musiała być w szpitalu z mała

      Usuń
  3. kurcze w polsce to takie warunki w szpitalach ze strach dorosłemu leżeć,a co dopiero dziecko położyc...

    OdpowiedzUsuń
  4. Masakra !!! są takie szpitale, niestety !!! moja szwagierka też trafiła do takiego z synem parę lat temu, długo dochodziło dziecko do siebie po nim ;-(

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie lubie szpiatali, na samą myśl przechodzą mnie ciarki i faktycznie można wyjśc z nich bardziej chorym niż się było.
    Trzymam kciuki za małą, śliczny tort!
    moja Natalka za tydzień kończy roczek, u nas też impreza;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Skąd ja to znam... leżeliśmy tydzień w szpitalu z refluxem ( badania i zabieg) dziecko musi byc do tego zupełnie zdrowe, a nam do sali dali dziecko z gorączką i jakąś infekcją bo tylko na chirurgii było miejsce.... szok, szok i jeszcze raz szok. Człowiek idzie do szpitala zdrowy a może wyjść chory. Paranoja

    OdpowiedzUsuń

To jest mój blog i zawiera on moje opinie. Jeśli masz inne - napisz. Pamietaj jednak - komentuj, sugeruj, ale nie obrażaj.